Nielegalne chłodnie ze Wschodu na polskich drogach?

, 24 sierpnia 2015, 10:33

Czy przepisy obowiązujące od ponad 30 lat mogą nagle okazać się źródłem problemów i nieporozumień? W polskich realiach jak najbardziej, a dowodzi temu sprawa rzekomo nielegalnie poruszających się po naszych drogach ciężarówek-chłodni. Kilka prostych pytań dziennikarzy portalu Money.pl potrafiło wprawić w zakłopotanie najważniejsze instytucje zajmujące się transportem drogowym w Polsce.

ChłodniaPolski transport wiele traci przez złą interpretację przepisów?

Zwykła wiadomość przesłana przez czytelnika do redakcji popularnego serwisu finansowo-biznesowego stała się początkiem serii zaskakujących zdarzeń. Sprawa dotyczy ciężarówek-chłodni z krajów takich jak Ukraina, Azerbejdżan czy Armenia, poruszających się po polskich drogach bez wymaganego certyfikatu.

Polska stała się uczestnikiem międzynarodowej umowy o przewozach szybko psujących się artykułów żywnościowych i o specjalnych środkach przeznaczonych do ich transportu (w skrócie ATP) w 1984 r. Reguluje ona m.in. wymagania techniczne, jakie muszą spełnić pojazdy-chłodnie, by zostać dopuszczone do ruchu w krajach ratyfikujących umowę. W uproszczeniu, pojazd, który kwalifikuje się do przewożenia towarów mrożonych otrzymuje odpowiedni certyfikat ATP, wydawany przez specjalnie do tego celu powołaną instytucję, na terenie kraju, w którym został zarejestrowany. Problem w tym, że kilka krajów Europy Wschodniej w ogóle nie posiada takiej instytucji – nie może więc legitymować się uprawniającym do jazdy certyfikatem.

Brak kontroli lub nieznajomość przepisów

Skoro pojazdy nie mają certyfikatów – nie powinny jeździć po naszym kraju. Taką interpretację przepisów podpowiada logika. Niestety kończy się ona w momencie, gdy zagłębimy się w realia polskiej biurokracji i siatkę odpowiedzialnych za poszczególne sprawy urzędów. Warto podkreślić, że omawiany problem dotyczy wielu milionów ciężarówek – tylko w ciągu ostatnich trzech lat granicę przekroczyło ok. 2 milionów takich pojazdów.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju oraz Inspekcja Transportu Drogowego inaczej interpretują jeden z najważniejszych zapisów umowy ATP. Alvin Gajadhur, rzecznik Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, stwierdził że interpretacja umowy ATP nie leży w kompetencji jego instytucji, co dość mocno koliduje z faktem, że to właśnie GITD w planach na bieżący rok zapowiadał wzmożenie kontroli certyfikatów ATP. Jak można więc kontrolować coś, nie mając wiedzy o tym, czy jest legalne czy też nie?

Sytuację dodatkowo skomplikowała kolejna odpowiedź, która nadeszła z biura prasowego GITD. Czytamy w niej: „W przypadku przewozu drogowego wykonywanego pojazdem, który jest zarejestrowany w państwie, które jest stroną umowy ATP, ale nie wyznaczyło podmiotu właściwego do wydawania certyfikatów (przy założeniu, że pojazd nie posiada certyfikatu ATP w ogóle lub certyfikat tymczasowy utracił swoją ważność) dochodzi do naruszenia przepisów umowy ATP”. A więc Inspekcja jednak może interpretować przepisy? Jeśli tak, to dlaczego robi to w sposób przeciwny do interpretacji Ministerstwa?

W opinii Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju nie ma dostatecznych podstaw prawnych, by zakazać uzyskiwania certyfikatów ATP w krajach innych niż kraj, w którym środek transportu jest zarejestrowany. Oznacza to, że np. chłodnia zarejestrowana na Ukrainie może uzyskać certyfikat w kraju posiadającym odpowiedni instytut do jego wydania. Trudno jednak bezkrytycznie zgadzać się z subiektywną opinią Ministerstwa. Zwłaszcza, że wiele wskazuje na to, iż opinia ta została stworzona w trybie przyspieszonym, by zareagować na medialny zamęt wokół sprawy. Świadczy o tym choćby fakt słabej znajomości tematu przez GITD, który powinien zostać poinformowany i poinstruowany w sprawie kontroli. Dodatkowo Ministerstwo zapowiedziało, że zasięgnie opinii podczas październikowych obrad grupy roboczej Europejskiej Komisji Gospodarczej ONZ w Genewie. Wskazuje to, że dotychczas temat był zamiatany pod dywan lub nieuznawany za poważny problem.

Jak jest w praktyce?

Wjeżdżające na teren RP chłodnie są poddawane kontrolom. Właśnie przez brak jednoznacznej interpretacji przepisów, w sprawie ATP rezultaty przeprowadzanych inspekcji mogą być różnorodne. Zdarzało się, że kontrolujący dopuszczali posiadanie przez chłodnię certyfikatu, wydanego w innym kraju niż ten, w który zarejestrowany był pojazd. Tłumaczono to faktem, że przepisy zostały uchwalone w czasie, gdy istniał jeszcze ZSRR. Państwa, które powstały po jego rozpadzie nie posiadają własnych organów, zdolnych do przyznania certyfikatu, więc należy im się taryfa ulgowa. Faktem jest jednak, że od rozpadu Związku minęło wiele lat – państwa miały czas na wdrożenie odpowiednich rozwiązań. Ponadto międzynarodowe przepisy żadnej taryfy ulgowej nie określiły.

Zapisy dotyczące ATP były przez kolejne polskie rządy mocno ignorowane. Do 2015 r. obowiązywała u nas ich wersja z 1984 r., mimo że przez lata do międzynarodowego dokumentu wprowadzono wiele poprawek. Jednocześnie, inspekcja drogowa wymagała od przewoźników znajomości tych poprawek, za brak dostosowania się do nich wystawiając mandaty na nawet kilka tys. złotych.

Jeśli według międzynarodowych przepisów wiele ciężarówek-chłodni z zagranicy jeździ po Polsce nielegalnie, na braku skutecznej kontroli traci rodzima branża transportowa oraz budżet państwa. Sprawa jest na tyle poważna, że wymaga natychmiastowej interwencji – określenia poprawnej interpretacji przepisów i przekazania jej organom dokonującym kontroli. Tymczasem postawa instytucji odpowiedzialnych za te czynności przypomina obecnie postawę nauczyciela matematyki, który zamiast prowadzić lekcje, funduje uczniom wyłącznie klasówki, z których z satysfakcją stawia same „jedynki”.

 

 źródło: Money.pl

Komentarze

Komentarz musi być dłuższy niż 5 znaków!

Proszę zaakceptuj regulamin!

Brak komentarzy!