Imigranci i Brexit oczami kierowcy ciężarówki – wywiad

, 27 maja 2019, 14:00

Ciągle aktualny problem imigrantów w europejskich portach ustąpił miejsca tematowi Brexitu, który w przeciągu następnych kilkunastu miesięcy może znacząco wpłynąć na większość firm transportowych. O tym, a także o kwestiach różnic między polskim a brytyjskich podejściem do pracowników rozmawiamy z Bartkiem Breitenbachem, kierowcą i właścicielem firmy transportowej.

Agnieszka Wraga-Marciniak: Dlaczego zdecydowałeś się na pracę kierowcy ciężarówki i kiedy ją rozpocząłeś?

Bartek Breitenbach: Zdecydowałem się na pracę kierowcy ciężarówki, bo zawsze interesowała mnie motoryzacja. Ponadto w mojej rodzinie, licząc ze mną, będzie to już piąte pokolenie kierowców zawodowych, więc można powiedzieć, że to płynie we krwi. Znajomi się śmieją, że podczas porodu dostałem kierownicą w głowę. Za młodu podziwiałem Europę z prawego fotela samochodu ciężarowego i tak jakoś to we mnie zostało. Chociaż od własnego taty usłyszałem: chcesz być kierowcą? Po moim trupie. Dodam, że w tym roku stuknie mu 37 lat pracy za kółkiem.

Na jakich trasach najczęściej jeździłeś?

Przez pierwsze 4 lata pracy były to głównie tzw. ”przerzuty” z Wielkiej Brytanii do Włoch i Hiszpanii. Trasa po zjeździe z promu z UK wiodła przez Francję, Belgię, Luksemburg, Szwajcarię, zdarzały się też Niemcy. Ostatni rok pracy była to jazda po terenie całej Wielkiej Brytanii.

Co sądzisz o polskim transporcie – o zarobkach, podejściu pracodawców, warunkach w jakich pracują kierowcy?

To jest bardzo ciekawe pytanie. Lada dzień otwieram firmę transportową w Polsce i dopinam wszystkie formalności. Wiąże się to z czekaniem, a ja nudzić się nie lubię. Złapałem za telefon, obejrzałem parę ogłoszeń o pracę i obdzwoniłem okoliczne firmy. Są miejsca, gdzie kierowca może dobrze zarobić, niemniej jednak nie brakuje ogłoszeń, gdzie pracodawca oferuje 40 gr za kilometr przy jeździe po centrach dystrybucyjnych, co wiąże się z wielogodzinnym oczekiwaniem. Co do innych warunków, to na pewno czas wpłynął pozytywnie na tabor. Oczywiście zdarzają się pojazdy, w których trzyma się wszystko na przysłowiową „taśmę i trytkę”, ale większość firm bojąc się kontroli naszej, notabene najsurowszej, Inspekcji Transportu Drogowego, czy BAG dostosowało park maszyn do standardów europejskich. Zatem można spotkać poczciwą Scanię „trójkę” latającą po lokalu, ale większość to samochody z normą Euro 5 i 6. Znika też wśród pracodawców przeświadczenie, że kierowca to złodziej i coraz więcej osób postępuje w myśl zasady: zadbam o swoich pracowników, bo jak oni będą zadowoleni to sami zadbają o moich klientów. Żeby nie było tak słodko na parkingach można usłyszeć wielogodzinne tyrady tzw. „panów kierowców”, że w Polsce to tylko „dziad transy”. Każdy kij ma dwa końce.

Niedługo rozpoczynasz w Polsce działalność na własną rękę. Wcześniej zdecydowałeś się ją założyć w Wielkiej Brytanii. Dlaczego? Jakie formalności musiałeś spełnić?

W Wielkiej Brytanii założyłem firmę przez telefon, nie wychodząc z domu. Wystarczy dobra księgowa, która załatwi wszystko za Ciebie. Dużo jest formalności związanych z tamtejszą służbą kontrolującą, czyli DVLA. W Polsce jest trochę latania po urzędach, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że zmienia się wszystko na lepsze.

Temat Brexitu został nieco odsunięty w czasie, jednak za kilkanaście miesięcy może on się okazać bardzo palącym problemem. Co wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej może oznaczać dla kierowców?

Brexit oznacza wielogodzinne oczekiwanie w portach, na pewno na początku. Wielka Brytania już zaczęła się przygotowywać chociażby modernizując główny szlak z portu Dover. Jeżeli dojdzie do Brexitu i wrócą wszystkie formalności celne to dużo firm zrezygnuje z tras na Wielką Brytanię, co spowoduje znaczne poprawienie stawek właśnie w tym kierunku. Negatywnie wpłynie to na wysokość stawek za jazdę „po kontynencie”. Mieliśmy coś podobnego po wprowadzeniu embargo na Rosję, na zachodzie Europy pojawiły się firmy, których dotychczasowym kierunkiem docelowym był wschód. Rynek stał się ciaśniejszy, przez co stawki spadły.

Pracowałeś też w Wielkiej Brytanii – jak przez tamtejsze firmy odbierany jest Brexit i jak firmy transportowe się do niego przygotowują?

Współpracowałem ze spedycją z Ashford, w dzień ogłoszenia wyników referendum można powiedzieć, że właściciel osiwiał. Dla firm, które mają kontrahentów poza granicami UK Brexit oznacza wiele problemów, przynajmniej na początku. Dużo firm robi zapasy towarów na parę miesięcy naprzód. Jeżeli chodzi o transport to już w tej chwili brakuje kierowców, a co pokaże czas zobaczymy.

Jakie są największe różnice w pracy w Polsce, a w Wielkiej Brytanii?

Jest taki dowcip: dlaczego w Wielkiej Brytanii dziecko podczas porodu dostaję dwa klapsy? Pierwszy, żeby zaczęło krzyczeć – drugi, że wyszło bez kamizelki. To branżowy dowcip, który bardzo dobrze obrazuje podejście Anglików do kwestii bezpieczeństwa. W Wielkiej Brytanii wszędzie muszą być buty ze stalowym noskiem i kamizelka – to absolutne minimum. Jeżeli chodzi o polskie firmy to tutaj popadamy ze skrajności w skrajność – albo totalnie marginalizuje się względy bezpieczeństwa, albo musi być wszystko łącznie z kaskiem i okularami założonymi w kabinie. Miałem wrażenie że Wielkiej Brytanii bardziej szanuje się moją pracę, niemniej jednak teraz, kiedy mam okazję pojeździć po Polsce, wydaje mi się, że ludzie są bardziej życzliwi.

W transporcie międzynarodowym obecnie wiele miejsca poświęca się problemowi imigrantów. Czy Ty masz jakieś złe doświadczenia w tej kwestii?

Jeżeli chodzi o imigrantów to temat rzeka. To, co pokazują media to nawet nie jest wierzchołek góry. Do pewnego momentu istniała tak zwana „dżungla” czyli obóz imigrantów przy samym porcie w Calais. Teraz jest trochę spokojniej, ale przy każdym strajku bądź jakimkolwiek opóźnieniu na promie, kiedy tworzy się kolejka samochodów ciężarowych na autostradzie dochodzącej do portu, imigranci mają Eldorado. Otwierają naczepy, wchodzą do środka, część zostaje, część rozkrada ładunek. Podczas wjazdu do portu, jak wiesz, że masz nieproszonych pasażerów, zgłaszasz się na kontrolę. Wygląda to w ten sposób że wyciągają ci z naczepy wszystkich, którzy tam siedzą, następuje komenda: „w tył zwrot, naprzód marsz”.

Do tego dochodzą liczne organizacje humanitarne, które pomagają imigrantom, a tym samym zatruwają życie okolicznej ludności. Problem nie jest skoncentrowany w samych portach, jak niektórym mogłoby się wydawać. Jadąc z Hiszpanii już za miejscowością Rouen nie powinno się stawać na nockę ze względu na to że, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziesz miał nieproszonych pasażerów. W Belgii natomiast podeszli do tematu bardzo innowacyjnie: po prostu zamknęli parkingi, na których grasowali imigranci. Nie dość, że nie rozwiązali problemu, to stworzyli kolejny, bo kierowcy zamiast stawać na miejscach do tego przystosowanych szukają noclegu gdzieś na strefach przemysłowych, po miejscowościach. Według mnie problemem jest to, że na temat imigrantów i przyjęcia ich wypowiadają się ludzie, którzy tak naprawdę nawet by na nich nie spojrzeli na ulicy. Mam na myśli polityków czy znane osobistości. W rzeczywistości z problemem imigrantów musimy radzić sobie my, czyli kierowcy.

Jak obecnie służby radzą sobie z obozami imigrantów i ich atakami na transporty?

Ładnych parę lat temu, kiedy problem imigrantów zaczął narastać, byłem świadkiem sytuacji, kiedy francuski policjant przeganiał imigrantów z jednej strony na drugą i tak naprawdę na nic to się nie zdało. Przysiadł na barierce przy moim samochodzie i zapytałem się: dlaczego wy nic nie robicie, co da jeden policjant ganiający grupkę osób. On sam wtedy stwierdził, że problem nie leży w ganianiu imigrantów tylko w polityce krajów zachodnich UE.

Według mnie służby nie robią wystarczająco wiele, ale może to wynikać również z faktu, że imigrantom pomaga bardzo wiele organizacji humanitarnych. Oni zawsze tam będą i problem nie zostanie rozwiązany.

Komentarze

Komentarz musi być dłuższy niż 5 znaków!

Proszę zaakceptuj regulamin!

Brak komentarzy!